pablo pisze:Ciekawe, że ignorancja matematyczna nie jest niczym wstydliwym. Można się wręcz obnosić z tym, że nie umie się wykonać prostego rachunku. A nikt nie chwali się tym, że nie umie poprawnie pisać czy mówić po polsku. Ot, zagadka.
Wszędzie spotykam osoby, które niemal chełpią się swoją nieznajomością matematyki, gubią się jak mają obliczyć procent kredytu albo ile powinni dostać reszty w sklepie.Ostatnio na odwrocie paragonu obliczałam pani w kasie wielkiego supermarketu ile powinna mi odjąć z naliczonej sumy, bo sama bez swojej wielkiej samoliczącej maszyny nie była w stanie wykonać prostego odejmowania. A jak jej podawałam "w rozumie" obliczoną wartość , patrzyła na mnie oczami, które śmiało mogłyby konkurować ze spodkami. Dopiero wypisany czarno na białym słupek : naliczona suma - mylna cena + właściwa cena = moja należność, przekonał ją na tyle , że oddała mi pieniądze. Nie wiem jednak czy ją przekonałam

nic poza pieniędzmi w portfelu na to nie wskazywało. A sukces osiągnęłam, jestem przekonana, dzięki wydłużonej, sarkającej kolejce.
Ja niestety miałem kiepską nauczycielkę matematyki w szkole średniej. Ale maturę napisałem samodzielnie, i to na czwórkę, z której jestem bardzo dumny (rok harówki na korepetycjach).
Pamiętam, że raz przyszedł do nas na zastępstwo inny matematyk. Nie kazał nam liczyć zadań, tylko opowiadał o matematyce jako pewnym sposobie patrzenia na rzeczywistość. Moja klasa, składająca się w większości z matematycznych matołów, siedziała przez godzinę z rozdziawionymi gębami...
Pod tymi słowami też mogłabym się podpisać niemal bez zmian.
Na kilka miesięcy przed maturą , nasz uroczy skądinąd matematyk, doszedł do wniosku, że 60 % klasy nie da rady zdać matury. Sprowadził nam na pomoc swojego byłego ucznia a wtedy asystenta na PG, który od lutego do kwietnia przychodził do nas do szkoły na
polekcyjne korepetycje zbiorowe. W te 3 miesiące nauczył nas matematyki z zakresu programu liceum. Wtedy okazało się, że matematyka nie tylko nie jest trudna, ale może być nawet przyjemna. Do dziś został mi żal, że przez cały okres edukacji szkolnej nie trafił mi się taki nauczyciel, że żyłam w przekonaniu, że matematyka nie jest moją mocną stroną.
A wracając do wykładu... Wspaniały był, powinni go wysłuchać nasi decydenci. Może coś by drgnęło....

I wielka szkoda, że frekwencja nie dopisała; niech żałują ci , którzy nie przyszli. Potwierdza się zakorzenione w społeczeństwie przekonanie, że matematyka jest nieciekawa, trudna i w ogóle,
po co nam ona.
A reklama zachęcająca do matematyki, jaka by nie była, mam nadzieję, poruszy coś w umysłach młodzieży na tyle, że zaczną widzieć to, czego nie widzą ich rodzice; dostrzegą w niej swoją szansę.