Na scenie dostaliśmy też instrukcję, jak skorzystać z farmakologicznej aborcji. Ten instruktaż odegrany został w konwencji karate. Ta konwencja była nieco niezrozumiała, ale scena odegrana została doskonale. I świetna była też scena z wężami. Wieśniak, który widział rozszalałe i dzikie bachantki, zdawał z tego relację Penteuszowi. Początkowo miał na sobie dwa węże, potem jednego przekazał "męskiemu" królowi Teb. I ta męskość nagle z Penteusza wyparowała. Z wężem na ramionach stąpał po scenie jak przestraszone dziecko, a jeszcze chwilę wcześniej wygłaszał brutalne i pełne agresji przemówienia. Dodajmy, że za plecami miał orła w koronie na tle biało-czerwonej flagi... No... znamy takich polityków.
I odnotujmy konsekwentną i świetnie zagraną rolę Dionizosa, w którego wcieliła się Sandra Korzeniak (tak, tak, Dionizos jest kobietą). A końcówki to już nie widziałem i inne chłopaki z naszej grupy też nie, bo ze spektaklu nas... wyproszono. Końcówka miała być tylko dla kobiet, więc nie protestowaliśmy. To pewnie miało służyć temu, aby poczuć, jak to jest być wykluczonym ze względu na płeć (mężczyźni nie mają często okazji, aby tego doświadczyć). Ale jakoś chyba nas to specjalnie nie dotknęło.
W foyer przetestowano naszą akceptację dla aborcji (ale nie nasze opinie na temat przerywania ciąży, ale dopuszczalności prawnej dokonywania aborcji). A co działo się w tym czasie na scenie? Agawe, matka Penteusza, dowiedziała się, że nie rozszarpała lwa, ale ... swojego syna. - To wy k... jesteście za to odpowiedzialne - oberwało się żeńskiej publiczności.
Spektakl może nieco daleki od arcydzielności, bo miejscami nierówny i być może też ze zbyt dużą liczbą teatralnych pomysłów, ale nie żałuję, że pojechaliśmy. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z uczestników podzielają moje zdanie

Ilekroć zapowiadam kolejną teatralną wycieczkę, to potem nic z niej nie wychodzi. Ale wspomnę tylko, że Krystian Lupa szykuje przedstawienie w Teatrze Powszechnym. Może tym razem się uda.