Miasto przepiękne i wcale nie nudne. Może to dlatego, że jestem już w wieku lekko pierdołowatym i niewiele mi do życia potrzeba, poza kawą, alkoholem i ciastkami, a tego wszystkiego w Wiedniu jest akurat pod dostatkiem. Co prawda torcik w słynnej kawiarni Sachera lekko rozczarował (za suchy), ale specjały w kawiarni Cafe Central były rzeczywiście wyśmienite. Wiedeńczycy mają jednak coś do powiedzenia w temacie cukierniczym

Jesli chodzi o architekturę, to wrażenie największe zrobił na mnie Looshaus Adolfa Loosa (naprzeciw Hofburga). Jakiż to piękny, prosty i elegancki budynek, wnętrze też wyśmienite, oczywiście oryginalne, nikt niczego w środku nie zmieniał.
Rzecz jasna Majolikahaus i Powszechna Kasa Oszczędności Otto Wagnera też fantastyczne. Z willi, które oglądaliśmy na Hietzingu, niewątpliwie najłądniejsza była Skyva-Primavesi Hoffmana (Pani Bianko, proszę żałować


Podobnie jak w Berlinie, również w Wiedniu, mieliśmy tylko trzy godziny na oglądanie malarskich arcydzieł (w Kunsthistorisches Museum). Zawsze wielkim przeżyciem jest dla mnie oglądanie "na żywo" Vermeera (Alegoria malarstwa). Żałowałem jednak, że niewiele czasu spędziliśmy w sali z obrazami Breugla, ale wszystkiego niestety zobaczyć się nie da

Hit z Górnego Belvederu to rzecz jasna Pocałunek Klimta (eksploatowany straszliwie przez kulturę popularną, Pocałunek jest w Wiedniu na kubkach, koszulkach, torbach na zakupy i Bóg wie czym jeszcze). Ale rzeczywiście obraz jest wspaniały.
We Wrocławiu oglądaliśmy Halę Ludową (z 1913 r., a nadal wygląda na bardzo nowoczesną). Mieliśmy nawet pokaz typu światło i dźwięk


Pewnym wycieczkowym nowum było opowiadanie w autokarze dowcipów przez mikrofon (nie wszystkich, bo podzieliliśmy dowcipy na mikrofonowe i niemikrofonowe, choć czasem nam się to nieco mieszało, może to dlatego, że kryteria nie były zbyt jednoznaczne, jeśli komuś spuchło ucho lub dwa, ale dwa to chyba nie, bo aż tak źle to nie było - przepraszam w imieniu opowiadaczy).
Zdaję sobie sprawę, że tempo naszych peregrynacji wiedeńskich było zabójcze, ale taka jest specyfika wycieczek z dr. Jackiem Friedrichem. Krew, pot i łzy, a wszystko po to, żeby w ciągu kilku dni jak najwięcej zobaczyć. Przyznam się, że mnie też nogi wchodziły w tyłek, ale uważam, że warto było na ten wysiłek się zdobyć. Pot się zmyje, łzy obetrze, rany opatrzy, a to, co się zobaczy i czego się doświadczy - pozostanie w głowie na zawsze.
Może powinienem to jasno powiedzieć przed wycieczką, wtedy udałoby się może uniknąć nieporozumień. Akademia 30+ nie jest biurem podróży, ja nie jestem pilotem, a dr Jacek Friedrich nie jest przewodnikiem turystycznym. Staramy się zapewnić temu przedsięwzięciu jakieś ramy organizacyjne, ale nie jesteśmy w stanie zapanować nad wszystkim. Też byłem w Wiedniu pierwszy raz i nie miałem pojęcia, gdzie są w mieście toalety lub sklepy z biletami na metro. Zakładałem też, że każdy z Państwa będzie wiedział, że idąc w miasto, warto zaopatrzyć się w butelkę wodę czy batonik, a jak zachce mu się siusiu - to po prostu da znać i wówczas się gdzieś zatrzymamy. Wyjazd Akademii to trochę jak spiknięcie się grupy znajomych, a nie wycieczka objazdowa Triady (dodam, że organizujemy takie wyjazdy praktycznie po kosztach).
Żeby zakończyć ten post weselszym akcentem, dowcip, który opowiedział nasz niezmordowany cicerone (kawał z pogranicza mikofonowego i niemikrofonowego według kategoryzacji stosowanej przez UE):
Wożnica krzyczy:
- Węgiel, węgiel przywiozłem!
A koń się odwraca i mówi:
- Tak, k..., ty przywiozłeś.
Wybrałem akurat ten, bo łączy się jakoś z tematem wycieczki (transport).
Pozdrowienia dla grupy 05, której wywrotowa aktywność miała silne działanie odstresowujące
