Na mnie największe wrażenie zrobiła Bazylika św. Marka, gdzie w sumie byliśmy nie dłużej niż 15 minut (na dłużej nie pozwalają) i Pałac Dożów, z cudownymi, olbrzymi salami, które rzeczywiście - jeśli trafił tam w XVI w. jakiś gdańszczanin - musiały robić piorunujące wrażenie (i robią do dzisiaj). Oczywiście wspaniałe są też kościoły zaprojektowane przez Palladia (Il Redentore na Giudecce i kościół na San Giorgio Maggiore, którego nazwa umknęła mi z pamięci). Generalnie wszystko co widzieliśmy, a także to, czego nie widzieliśmy

Kiepskie były natomiast śniadania we włoskim hotelu (wzmocnione podobno, tylko pytanie czym? Żółtym serem?), ale za to - dla równowagi - hotel był dość dobrze komunikacyjnie położony (400 m do przystanku tramwajowego; 12-15 minut jazdy do Wenecji właściwej).
W drodze powrotnej odpuściliśmy sobie zwiedzanie pałacu w Mikulowie (pałac z zewnątrz prezentuje się wspaniale, ale w środku podobno "wypatroszony" i mało ciekawy). Dłużej za to zabawiliśmy w Kromieryżu, gdzie obejrzeliśmy sporo ciekawym obrazów (także weneckich, bo był i Veronese) w galerii na Zamku Biskupim.
Do Gdańska zawitaliśmy z powrotem o 0:15 z niedzieli na poniedziałek, czyli dwie godziny szybciej niż planowaliśmy (w czym niewątpliwa zasługa kierowców).
Teraz chwila na odsapnięcie i trzeba zabierać się za organizację wycieczki na Ruś Czerwoną z prof. Zbigniewem Mikołejką (8-11 września).