
A spektakl? Fantastyczny. Rzecz jasna i bluźnierczy, i obrazoburczy, ale też świetnie skonstruowany, bez dłużyzn czy momentów nużących, doskonale zagrany (cały zespół chapeaux bas po prostu), i też chwilami przezabawny. Nie była to oczywiście klasyczna inscenizacja "Klątwy", choć kilka scen z dramatu Wyspiańskiego się pojawiło.
Dramat został zresztą krótko streszczony przez jedną z aktorek, żeby publiczność wiedziała z czym mniej więcej ma do czynienia ( w wielkim skrócie rzecz przedstawia się tak: we wsi jest susza, więc ludzie myślą, że to kara boża za to, że ksiądz żyje z młodą gospodynią i ma z nią dwójkę dzieci; w efekcie dręczona poczuciem winy gospodyni księdza rzuca dwójkę dzieci na płonący stos ofiarny, a następnie sama zostaje ukamienowana przez mieszkańców wsi).
Przedstawienie w zasadzie nie jest antyreligijne, nie naśmiewa się z samego aktu wiary, ale uderza w zakłamanych i hipokrytycznych przedstawicieli Kościoła, którzy zawarli sojusz z władzą świecką. Jedyną dekoracją na scenie jest wielki drewniany krzyż, który pod koniec spektaklu zostaje fachowo ścięty (piłą elektryczną) przez jedną z aktorek. Wówczas naszym oczom ukazuje się, ułożony z zapalonych żarówek, orzeł. Wystarczy wykręcić jednak kilka żarówek, aby orzeł zamienił się w nazistowską gapę...
Ten sojusz ołtarza i tronu determinuje narrację na temat aborcji, uchodźców, wolności twórczej. Każdy z aktorów wychodzi i mówi na ten temat monolog. Ale to co sceniczne, miesza się z tym, co prywatne. W pewnym momencie aktorzy siadają na scenie, przedstawiają się z imienia i nazwiska i mówią o swoich doświadczeniach związanych z molestowaniem seksualnym przez księży. Nie wiemy, komu tak naprawdę te zdarzenia się przytrafiły. Aktorom? Czy granym przez nich postaciom? Kiedy jedna z aktorek mówi, że jest w trzecim miesiącu ciąży i zamierza tę ciążę usunąć w Holandii, co więcej - zamierza usuwać wszystkie ciąże, które jej się przytrafią, bo żaden polityk czy ksiądz nie będzie decydował o jej ciele - to też nie wiemy, czyj to jest głos. Aktorzy co i rusz zresztą głośno skandują: wszystko, co dzieje się na scenie, jest fikcją. Chcą, żebyśmy o tym pamiętali. A także o tym, kto płaci za takie przedstawienia najwięcej. Barbara Wysocka (świetna rola!) mówi: reżyser to p... tchórz. Weźmie kasę i pojedzie pracować do Monachium. A ja muszę zapewnić dzieciom szkoły (drogie), przedszkola (też drogie), spłacać kredyt. To ja się narażam, nie on. Julia Wyszyńska (która robi fellatio figurze przypominającej Jana Pawła II) mówi, że już teraz pewnie pracy w telewizji nie dostanie. A Michał Czachor ma fantastyczny monolog o przekraczaniu granic w teatrze. - Reżyser wziął mnie do spektaklu, bo wie, że ja zrobię wszystko - mówił aktor - znacznie więcej od innych aktorów. I wyjmuje ... (przemilczę to, bo może dzieci czytają

Aktorzy podważają więc naszą wiarę w wagę tego, co oglądamy. To tylko fikcja, mówią nam, a reżyser to żaden nawiedzony kreator, tylko facet, który za forsę robi przedstawienia, instrumentalnie wykorzystując do tego aktorskie ciała (jedna z aktorek skarży się zresztą na to, że malują ją jak krowę, a potem rzucają z kąta w kąt). Ale mimo wszystko to "nieważne" przedstawienie ma jednak swoją wagę. Robione jest niekiedy grubą krechą, bez prób niuansowania problemów i zrozumienia motywacji drugiej strony. Ale czy druga strona nie wali nas bezpardonowo piąchą między oczy? To my też możemy. A co! Przynajmniej można poczuć chwilową ulgę.